Fame Name - Lesko, śladami polskich Żydów
PODRÓŻE,  POLSKA

Lesko – śladami polskich Żydów

Nie wiem, czy to normalne, że żyję nie swoimi historiami. Swoimi też zresztą. Może to dlatego, że często są te historie, nikomu nie są potrzebne. Bezpańskie są i samotne. A co tam! – Myślę sobie i przygarniam. Są też czasem takie historie, które mają właściciel, a jednak są zaniedbane i niechciane. I niczym rzep wczepiający się we włosy, a bez bólu i oszpecenia nijak nie mogę się ich pozbyć.


Trochę to wszystko dziwne, nawet jak na mnie, ale odkąd na mojej drodze spotkałam Levinasa, nie mogę się uwolnić od śladów. Może po nitce do kłębka prowadzą mnie gdzieś. Albo przeciwnie: nigdzie… Właściwie to nie ważne, bo i tak w uszach ciągle mi gra ten półcień historii, żydowski aspekt naszych dziejów. Nie mam takich korzeni. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo, a cały czas jak bumerang ocieram się o ich losy. Może prozaicznie: to taki już kraj jest. Wszędzie mogiły – nie dają mi o sobie zapomnieć.

Przypadkiem Lesko

Na tej mapie dziwnych miejsc Lesko przypadkiem okazało się kolejnym punktem.

Nie jestem historykiem. Nie jestem też antropologiem. Nie będę więc silić się na podejmowanie trudnych wątków relacji etnicznych. Nic, czego nie można przeczytać w książkach czy w sieci i tak nie wymyślę. Chcecie – poczytajcie sobie więcej, nie to nie. Bo bez tego Lesko nic nie straci, bo to po prostu będzie dalej uroczym miasteczkiem na południu kraju, które jak większość takich miejsc ma swojego trupa w szafie.

Będzie to więc wspomnienie z wycieczki, które znowu stało się dziwną wyprawą, bo przypadkową. Po bułki pojechaliśmy, a wróciliśmy z historią.

Trochę faktów

Lesko jest małym, powiatowym miastem w województwie podkarpacki. Położony nad Sanem, na obszarze Gór Sanocko-Turczańskich. Ziemie te były zasiedlone już w czasach prehistorycznych oraz rzymskich. W samym mieście godnym zainteresowania są: ratusz, rynek, Kościół Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny, zamek Stadnickich z przylegającym parkiem, synagoga oraz kirkut.

Lesko to tak naprawdę dwa miasta połączone w jedno. Starsze, średniowieczne i drugie renesansowe. Zamiast burzyć czy przebudowywać, po prostu dobudowali drugie obok pierwszego. Ciekawa i niespotykana to forma!

Miłośników dziur wszelkich zaś mogą zainteresować bunkry z tzw. Linii Mołotowa, wzniesione nad Sanem.

No i to tyle w faktach.

Po bułki do sklepu

Lesko nie było dla nas celem w samym sobie. Pojechaliśmy w Bieszczady. Mimo tych kilku niewątpliwych atrakcji Lesko nie stanowiło dla nas istotnego punktu w poznawaniu głuszy. W końcu, jak można przeczytać w przewodnikach, to tylko brama Bieszczad, a my chcieliśmy odkryć ich serce. Jednak bliskość od miejsca zakwaterowania w pragmatyczny sposób (czytaj: Biedronka!) wpłynął na nasze zainteresowanie miastem. Głód skierował więc nas do miasteczka.

A że mieliśmy więcej aniżeli pięć minut, postanowiliśmy zrobić sobie mały spacer. I tak zawędrowaliśmy do synagogi. Z zewnątrz ciekawa, zachęciła nas do zobaczenia środka. Jednak w środku okazała się przestrzenią publiczną zaaranżowaną na galerię sztuki. Chyba trochę przypadkowej. W tym miszmaszu wszystkiego, co uchodzi za sztukę (a ile za tę sztukę od razu się dowiecie, bo to taka ometkowana sztuka) ciężko szukać historii narodu wybranego. Jedna tablica upamiętniająca pomordowanych to trochę za mało, by głód wiedzy choćby minimalnie zaspokoić.

Od czego jest jednak najlepszy przyjaciel zagubionych: wujcio Google. Szybkie skrolowanie i nie tylko więcej dowiedzieliśmy się o samej synagodze, ale i okazało się, że kilka metrów poniżej niej jest kirkut. Nie byle jaki zresztą, bo ze względu na ilość zachowanych nagrobków uznawany jest za jeden z najcenniejszych w Polsce. Pocałowaliśmy jednak klamkę, bo jak większość cmentarzy żydowskich w Polsce (może i na świecie) jest zamknięty, ze względów bezpieczeństwa. Jak to smutne i głupie!

Modlitwa za zmarłych

Przez dziurkę od klucza zaglądaliśmy jeszcze zrezygnowani i gotowi odejść, gdy zza winkla wyłonił się jegomość, którego można nazwać niechlubnie słowem cieć, nadzorca, stóż. I głosem, który mógłby być przechowywany w archiwach jako wzorcowy głos ciecia, zapytał, czy państwo sobie życzą na cmentarz. Życzyliśmy sobie oczywiście.

Wstęp na kirkut płatny 6 zł od osoby. Pan dozorca uparł się jednak, że Pani Córka 6 zł na lody musi wydać i co prawda od nas, rodzicieli, zapłatę przyjął, jednak od razu na ręce Pani Córki przekazał. Coby rodzicie nie zapomnieli, że za wolny wstęp obiecali lody. Miły pan stróż otworzył nam bramę i zapraszającym gestem skazał ścieżkę, na odchodne dodając, że mamy szczęście, bo właśnie na cmentarzu są modlący się Żydzi, tacy wiecie ortodoksyjni, w tych swoich wiecie – ubraniach. A to nie lada gradka. I zamknęła się na skobel za nami bramka…

Ścieżką do góry, między pierwszymi macewami, drzewami i zawilcami, powoli zagłębialiśmy się z ten dziwny cmentarz. Na samym szczycie wzniesienia przy młodszych nagrobkach stał starszy Żyd z oddaloną o kilka kroków żoną i niepełnosprawnym synem. Widok modlących speszył nas i sprawił, że zatrzymaliśmy się, nie chcąc im przeszkadzać. Czekaliśmy, zanim wybrzmią ich modlitwy. Odchodząc, skinieniem głowy podziękowali za tę chwilę.

Zostaliśmy sami. Krążąc między macewami, tymi młodszymi i całkiem starymi (z pierwszej połowy XVI w.) ze wzruszeniem patrzyliśmy na zniszczone i zaniedbane wspomnienia po minionych czasach. Smutny koniec ludzi, którzy w Polsce upatrywali ziemi obiecanej.

Odmówiłam chrześcijańską modlitwę za zmarłych, bo tylko taką znam z domu, i tylko tyle mogła zrobić.