Podróże kształcą, zwłaszcza te, które nie trzymają się utartych szlaków, które pozwalają nam nie tylko okryć miejsca, ale i siebie. Zderzenie z prawdziwością zywkłego życia może się okazać doświadczeniem niezwykłym. Nie trzeba jechać daleko, przekraczać zwrotników i równików. Czasami wystarczny kilka kilometrów, by znaleźć się w całkiem innej rzeczywistkości. 

Właśnie takim zderzeniem okazała się dla mnie miejscowość Smolik. Zwykła pomyłka. Nie ten Smolnik. Nie ta cerkiew. A jednak okazało się, że trafiłam do niezwykłego miejsca, które odkryło się przede mną w całej okazałości. 

Gdzieś między Cisną a Komańczą odbijamy w bok. Pewni, że droga skrótem zaprowadzi nas na Baligród. Na mapie droga jest, w rzeczywistości też, ale za szlabanem. Wstęp tylko dla pracowników lasów… Trzeba zawracać. To jednak nic. Na skraju walącej się wsi wolno chodzą konie, przeszkadzamy im w normalnym dniu, w spacerze. Jesteśmy intruzami i nie kryją się przed nami z okazaniem nam swojej ignorancji i zniecierpliwienia naszą obecnością

W Smolniku nie ma zbyt wielu atrakcji, wieś jakich pełno na końcu świata. Soi w niej jednak kościół, dawniej cerkiew św. Mikołaja. Nie ma chyba zbyt wielu odwiedzjących, nikt też za bardzo nie lobbuje w jej imieniu. Jest i niszczeje. Tylko pan opiekun z ulotkami i prośbą o datek co łaska postanawia wypełnic pustkę dni i oprowadzić nas po niej. Tu jest nawa główna, tu portal, tu mysia dziura, jeżeli pani chce może pani wejść i zrobić zdjęcia. Na strych? Proszę bardzo! Niech pani idzie i opowiada, że my tu jesteśmy. Niech ludzie przyjeżdżają i wspomogą… A jest co!